Po pierwsze pozbyć się oczekiwań

Po pierwsze pozbyć się oczekiwań

O tym, co może spotkać nas w święta Bożego Narodzenia i jak się do nich przygotować, rozmawiam z Małgorzatą Musiał, autorką bloga Dobra Relacja.

Gosia Stańczyk: Chciałabym, żebyśmy porozmawiały o tym, jak nastawić się na święta, żeby były one czasem dobrym, wzbogacającym i zbliżającym rodziców i dzieci? Masz na to swoje sposoby?

Małgorzata Musiał: Najważniejsze wydaje mi się… pozbycie się jakichkolwiek oczekiwań. Gdy zaczynałam organizować święta dla swojej rodziny, to czywiście wymarzyłam sobie, że będą to one takie, jakie pamiętam z domu rodzinnego. Już przy pierwszych podejściach, szybko okazało się, że wszystko jest nie tak: że nie potrafię zrobić tak dobrych potraw, że to nie ten sam nastrój, że wszystko jest inaczej. Potrzebowałam trochę czasu, by dojść do tego, że ta magia świąt, którą pamiętam z dzieciństwa już nie wróci, bo jestem dorosła. Mam teraz inną rolę. Drugim odkryciem było to, że to, jak moje dzieci będą przeżywały te święta, jest ich indywidualną sprawą i im więcej swoich wizji próbuję odmalować, tym gorzej potem wszyscy na tym wychodzimy.

Tak bardzo się różnicie?

Moje dzieci nie lubią prawie żadnych wigilijnych potraw, czego ja zupełnie nie rozumiem.

A Ty je lubiłaś jako dziecko?

U mnie nie było takiej tradycji, by na stole stało dwanaście potraw. Jak obiektywnie spojrzę w przeszłość, to były pewnie dwie-trzy, które lubiliśmy i jedliśmy. Tak się składa, że moje dzieci akurat ich nie lubią.

Myślisz, że święta to jest dobry czas, żeby pokazywać dzieciom polskie tradycje kulinarne i je do nich zachęcać? Z drugiej strony, czy wydaje ci się możliwa taka sytuacja, by to zupełnie odpuścić?

Przy stole spotykają się różne pokolenia. Są nasi rodzice, my i dzieci, więc czemu miałabym to odpuszczać, tylko dlatego, że dzieci nie chcą tego jeść? My chcemy. Każdy z nas ma coś ulubionego i to przygotowuję. Natomiast dzieciom serwuję jakieś pośrednie rozwiązania, które mniej więcej wpasowują się w ducha kolacji wigilijnej, a równocześnie wiem, że one to zjedzą. Myślę, że rezygnując zupełnie z tradycji, coś się dzieciom odbiera. Widzę, jak one z roku na rok dojrzewają do różnych rzeczy. Może nie jadły czegoś mając 4, 5, 6 lat, ale jestem przekonana, że w tym roku znowu będą miały okazję czegoś spróbować i pewnie część z tych pokarmów spotka się z ich akceptacją. Zejście z oczekiwań, o którym mówiłam na początku, oznacza, że ja w ogóle nie przywiązuję do tego wagi. Myślę sobie: „Jak nic ci nie smakuje, możesz zjeść suchy chleb, albo się zapchać samym ciastem. To nie jest centrum tych świąt”.

Jak się dobrze nastawić na święta? Po pierwsze ograniczyć oczekiwania i nie snuć konkretnych wizji, jak kto ma się zachowywać i co lubić. Co dalej?

Lubię wszystkie adwentowe przygotowania do świąt. Widzę, jak dzieci, im są starsze, tym bardziej chcą się w nie angażować. Adwent daje nowy powiew w twórczości dzieci, klimat przedświąteczny dodaje im zapału. Pilnuję się jednak, żeby te przygotowania do świąt nie były przymusem. Myślę, że można się tak zapędzić w dobrej wierze, ale uwalniające jest przyjęcie, że co innego jest sednem świąt, że to wszystko dookoła, jest tylko otoczką.

Co jest dla Ciebie centrum tych świąt?

Bardzo dojrzewam do tego, żeby to było narodzenie Chrystusa, ale to nie jest proste. W wymiarze mniej duchowym, można powiedzieć, że tym sednem jest to, żeby być ze sobą i dla siebie, bez oczekiwań. Żeby przyjmować siebie nawzajem, takich, jacy jesteśmy, bo to bycie w zwolnionym trybie powoduje, że bardzo mocno ujawniają się różnice między nami i oczekiwania odnośnie siebie nawzajem. Mój znajomy, prawnik, powiedział mi ostatnio, że najwięcej pozwów rozwodowych wpływa w dwóch rzutach: po wakacjach i po świętach Bożego Narodzenia, w styczniu. Ludzie pozbawieni wszystkich codziennych zajęć, kiedy siedzą ze sobą w święta, czy wakacje, odkrywają, że nic ich nie łączy, że nie mają sobie nic do powiedzenia. Sednem świąt jest więc dla mnie to, żeby móc pobyć ze sobą bez żadnych specjalnych fajerwerków, żeby to nie było siedzenie za stołem i obżeranie się, tylko rzeczywiście czas na bycie razem.

Photo credit: Justin in SD / Foter / CC BY-NC-SA
Zdjęcie: Justin in SD / Foter / CC BY-NC-SA

Dzieciom świeta kojarzą się często głównie z prezentami. Zdają się niejednokrotnie nie dostrzegać wymiaru rodzinnego i duchowego. Co o tym myślisz?

Też to widzę. Oczywiście, trochę wolałabym, żeby było inaczej, ale dojrzewam do tego, żeby przestać się tym martwić. Kiedy cofam się do swojego dzieciństwa, to też pamiętam, że w centrum była choinka i prezenty. To na nas równie mocno działało, a jednak kiedy dorosłam, znalazłam w tym głębszy sens.

Wszystko ma swój czas.

Tak, może taki jest urok dzieciństwa. U nas bardzo wiele pomogło odkłamanie Świętego Mikołaja. W zeszłym roku, przedyskutowaliśmy za i przeciw i powiedzieliśmy dzieciom…

Że to nie Mikołaj przynosi prezenty?

Tak, że Świętego Mikołaja nie ma.

My też zdecydowaliśmy się na to w zeszłym roku, głównie dlatego, że syn zaczął mylić Świętego Mikołaja i Jezusa, ale i dlatego, że przeżył ogromną frustrację, w związku z tym, że nie udało mu się z Mikołajem spotkać. Ta nieuchwytność, brak możliwości spotkania się, niejasność w komunikacji między nami wywoływała u niego cierpienie. Jak u Was dzieci to przyjęły?

Dużo o tym rozmawiali, opowiadali o tym babci, przeżywali, jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że dorośli okłamują dzieci. Wracali do tego tematu jeszcze przez wiele tygodni i było to dla nich bardzo ważne, że powiedzieliśmy im prawdę, że ich nie nabieramy. Mieli ogromny dylemat, jak to zrobić, żeby się nie wygadać innym dzieciom, bo rozmawialiśmy o tym, że inne dzieci cały czas wierzą w Mikołaja i jest to podsycane przez ich rodziców. Ustaliliśmy, że lepiej w to nie ingerować. Nasze dzieci same zresztą wyciągnęły taki wniosek, że to by było bardzo trudne dla tych dzieciaków, dowiedzieć się od rówieśników.

Czyli próbowaliście wyjaśnić, że te inne dzieci nie czułyby się dobrze z tym, że dowiedzą się prawdy od rówieśników?

Nie tyle wyjaśnić, ale wspólnie się nad tym zastanowić. Ja też pamiętam swoje doświadczenia z dzieciństwa, jak trudno było usłyszeć to od innych dzieciaków, które już wiedziały i jak mimo wszystko, łatwiej byłoby to usłyszeć od rodziców albo się samemu domyślić. Dzieci po rozmowie z nami same doszły do wniosku, że lepiej jednak, żeby to rodzice powiedzieli swoim dzieciom prawdę wtedy, gdy uznają to za stosowne.

Dzieci mają różne pragnienia, piszą listy do rodziców lub do Mikołaja. Gdzie jest granica? Ile prezentów, jakie, niespodzianka, czy zgodnie z życzeniem?

Myślę, że tu nie ma wytycznych. Jeśli kogoś na to stać i ma na to ochotę, niech zrobi takie prezenty, jakie dzieci sobie zażyczą. Mi się bardzo podoba to, co na ten temat mówi Jesper Juul: jeśli masz taką chęć to możesz obdarowywać dzieci od rana do wieczora prezentami i nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że pozostałe aspekty rodzicielstwa są zadbane, jeśli nie zapychasz w ten sposób głodu emocjonalnego.

Czyli trzeba zastanowić się, czy prezenty czegoś nie kompensują. Natomiast, ja mam bardzo silne wrażenie, że to nie dzieci mają takie nadmierne apetyty, tylko to rodzice to nakręcają. Nie tylko na dzieci, ale i na dorosłych mocno oddziałują reklamy. Pamiętajmy też, że oczekiwania z roku na rok mogą rosnąć, bo skoro teraz prezenty były takie bogate, to dzieci będą miały nadzieję poczuć to samo w kolejnym roku. To jest kolejny powód, dla którego być może warto odejść od Świętego Mikołaja. Wtedy dziecko może trochę realniej spojrzeć na możliwości rodziców.

Myślę, że rzeczywiście rodzice bardzo nakręcają te apetyty i później ciężko to pohamować. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że chcą poczuć się dobrymi rodzicami?

Niekoniecznie. Te motywacje mogą być bardzo różne. Jak wspominam swoje święta z dzieciństwa, to wracają do mnie emocje, które towarzyszyły mi, kiedy otwierałam prezent, wrażenia płynące z tylu zmysłów… i chcę moim dzieciom to dać. Rodzic jednak na prezenty patrzy już ze swojej dorosłej perspektywy. Dzieci potrafią być autentycznie zachwycone podarunkiem o niewielkiej wartości materialnej, a rodzice już nie, dlatego szukają czegoś ekstra.

Inna sprawa, że to się trochę samo nakręca. Wchodzisz do sklepu, a on cię błaga na kolanach, żebyś coś kupiła, przekonując, że to jest najlepsze, co możesz dać w te święta drugiej osobie.

Kiedy przychodzi ten dzień, odnośnie którego mamy tyle oczekiwań, chcemy by było rodzinnie i wyjątkowo. Tymczasem nasze dziecko może zupełnie nie mieć ochoty siedzieć przy stole, może mieć w koszmarny humor, albo po prostu źle czuć się w licznym gronie gości. Jak sobie z tym radzić, bo to się zdarza, prawda?

No oczywiście, że się zdarza. Bardzo często. Skoro mama stoi od dwóch dni przy garach, jest ogólna nerwówka, jest nienaturalnie, inaczej. Nie wiem, czy Ty to pamiętasz ze swoich świąt? Ostatnie godziny przed Wigilią to była jakaś masakra. W ogóle nie można było się nigdzie pokazać, człowiek snuł się po domu i nie wiedział co ma ze sobą zrobić…. Dla dzieci to jest gehenna, tyle czekać. Naprawdę można już być rozstrojonym nerwowo. Z kolei ci, którzy przygotowują tę wieczerzę, mogą czuć się wykończeni, spięci i chcą po prostu, żeby wszystko szło gładko, żeby już nie aktywować kolejnych swoich pokładów energii. A wtedy dziecko rzuca się na podłogę…

Jak to mówisz, to widzę, że o to trzeba zadbać wcześniej. I o siebie i o dzieci.

Tak, cały adwent to czas, żeby dzieci i siebie przygotowywać do świąt. Są trzy tygodnie na to, żeby dzieci wprowadzić w ten nastrój, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Można robić razem bardzo wiele rzeczy, przygotowywać podarunki, robić dekoracje, później ubierać choinkę i nakrywać stół. Nam, dorosłym, ten czas pomaga zejść do perspektywy dziecka i mniej skupiać się na tym, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a trochę bardziej na tym, żeby było fajnie, kiedy jesteśmy razem. Może niech nie będzie dwunastu potraw, a mniej, ale nie zatracajmy radości z bycia razem. Niech ozdoby robione ręcznie wyglądają gorzej, ale niech nas jednoczy to, że wspólnie je przygotujemy.

Tak, chociaż wyobrażam sobie, że niektórzy mogą mieć problem z tym, że to dzieci ubiorą choinkę…

Ja też czasem mam. To chyba dlatego, że ten przekaz okołoświąteczny, z gazet, reklam, billboardów jest taki doskonały. Kiedy potem spojrzy się na swój stół, swoją choinkę i na siebie, to okazuje się, że to może być od tego idealnego obrazu dalekie.

Warto mieć w świadomości, że nad takimi doskonałymi potrawami, choinkami i wizerunkiem dorosłych i dzieci pracuje sztab specjalistów, że to nie jest coś rzeczywistego. Na co szczególnie chciałabyś zwrócić uwagę rodziców w święta?

Jako, że to nie jest zwykły czas, ale czas który jest gorący, pełen wrażeń, myślę, że warto bardzo mocno pamiętać o tym, że wszystkie te emocje bardzo silnie rezonują w dzieciach. Nawet jak zachowanie dzieci jest trudne, to nie dlatego, że one chcą działać przeciwko rodzicom, ale dlatego, że te emocje, zmęczenie, ich własne oczekiwania, to wszystko się w nich odzywa. Może się zdarzyć tak, że kiedy my mamy nadzieję na przyjemny dzień, dzieci akurat będą zachowywać się w taki sposób, który będzie dla nas bardzo trudny, bo będą rozładowywać swoje napięcie, swoje emocje z całego tygodnia, chociażby te związane z oczekiwaniem.

Święta i towarzyszące im spotkania rodzinne to chwile, w których spotykamy się z bliższymi i dalszymi krewnymi. Członkowie rodziny mogą mieć różny stosunek do dzieci, często jest on daleki od bezprzemocowej komunikacji. Stawać po stronie dzieci, gdy dzieje się coś, co przekracza ich granice, czy milczeć, żeby nie psuć atmosfery?

Tam, gdzie dzieciom nie dzieje się specjalna krzywda, jeśli nie są wyszydzane, krytykowane, gdzie nie ma jawnej przemocy psychicznej, byłabym za tym żeby się nie wtrącać. Żeby zostawić relację dzieci z innymi członkami rodziny, dzieciom i innym członkom rodziny. Jak babcia mówi: „Zjedz jeszcze, zjedz jeszcze, dołóż sobie”, ale widzimy, że to nie powoduje jakiegoś strasznego gwałtu na duszy naszego dziecka, tylko że ono sobie z tym radzi, to może nie ma sensu tłumaczyć, zbawiać całego świata i wykładać swojej filozofii. Można odwołać się do komunikatu bezprzemocowego i powiedzieć to samo w inny sposób. Bardzo podobają mi się takie teksty, które sięgają do potrzeb. Kiedy babcia mówi: „Musisz więcej jeść, bo nie urośniesz”, możemy powiedzieć dziecku: „Babcia chyba się martwi, że jak nie zjesz, to nie urośniesz. Całe szczęście, że wiemy, że tak nie jest i możesz jeść tyle, ile potrzebujesz”. W tym momencie nikt nie jest obrażony, a granica zostaje dość jasno pokazana. Oczywiście nie każdy będzie to respektował, ale to często wystarczy.

Małgosia Musiał jest pedagogiem, mamą trójki dzieci, autorką bloga Dobra Relacja. Na co dzień wspiera rodziców w ich codziennych wyzwaniach.

Jeśli chcesz otrzymać informację o nowych rozmowach na stronie Rozmowy o dzieciach, zostaw mi swój adres e-mail:

  • http://spelnionamama.pl/author/bartek/ Bartek Stańczyk

    Pierwszy testowy komentarz.